Ludzie nie dzielą się na biorących i dających, ale na tych, którzy to co otrzymane umieją lub nie umieją przekazać dalej. Bo przecież wszyscy otrzymujemy więcej, niż zdążymy dać. Wolontariusz zakochujący się w wolontariuszce może stanowić dla organizacji lub projektu, który ich łączy, istotne wyzwanie. Jeśli w perspektywie mogą pojawić się małe wolontariuszątka, to będzie to z korzyścią dla całego społeczeństwa i tego konkretnego dzieła – ale to przecież wymaga nieco czasu.

Na bieżąco pojawia się ryzyko, że zapatrzony i wzdychający wolontariusz opuści się w pracy społecznej, może nawet krzywo wymaluje plakaty lub nie dopilnuje młodzieży w wycieczce na wystawę pająków i nieszczęście gotowe. Gdyby umiejętnie podejść taką parę i namówić na wspólną pracę przy – dajmy na to – organizacji festynu, to ogólna wydajność może z kolei wzrosnąć, nadmuchanych balonów będzie wówczas znacznie więcej, a i sami zainteresowani bardziej przekonani do społecznego działania.

Dawanie lub branie samo w sobie jest pewną umiejętnością. Zapewne łatwiej przychodzi nam to drugie, zwłaszcza w czasach, gdy dominuje nastawienie konsumpcyjne, egoistyczne, gdy posiadanie ma – według dominujących trendów – określać kim jesteśmy i ile jesteśmy warci. Potrzeba zatem ludzi zdolnych do tego, by możliwie wiele i często ofiarować od siebie innym. Umiejętność w tej dziedzinie polega na tym, by dawać to co potrzebne i wtedy, kiedy trzeba. Jeśli z dawania czyni się istotę społecznego działania nie można bezrefleksyjnie iść za przykładem Robin Hooda (on dawał biednym, ale zabierał bogatym) ani Vito Corleone (powieściowy „ojciec chrzestny”, który rozdawał, ale nie tylko dobro). Im więcej w tym działaniu rozsądku towarzyszącego emocjom, tym lepiej. Można tu zaproponować prosty test. Pomyślmy o udzielanym wsparciu tak, jakby być miniinstytucją, urzędem, agencją pomocową. Instytucja nie oczekuje wdzięczności – w gruncie rzeczy wykonuje swoją pracę. Stara się być obiektywna i warzyć racje, nie działać pod wpływem impulsu. Ma też instrumenty wewnętrznej kontroli. Musi się liczyć z budżetem, możliwościami, terminami. Wszystko to można próbować zastosować do własnych działań, nawet w małej skali, a wówczas łatwiej będzie uniknąć pomyłek i doraźności oraz krótkotrwałości działania.

Branie uważamy intuicyjnie za mniej szlachetne, ale siłą rzeczy w życiu zdecydowanie więcej bierzemy niż jesteśmy w stanie innym dać. Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to większość czasu polega na otrzymywaniu i konsumowaniu. Człowiek dorosły, nie znajdujący się już pod opieką troskliwej mamy, w każdej chwili jest beneficjentem czyjejś pracy, odbiera bezmiar komunikatów, ułatwień i gestów pozwalających normalnie funkcjonować, korzysta też z cudzej obecności, wiedzy, wsparcia. Kiedy potrafimy wychodzić poza swój egoistyczny i zawężony punkt widzenia dostrzegamy zarówno nagromadzenie uzależnienia od innych, jak i to, że doświadczamy ogromu często bezinteresownego dobra. Mądry człowiek umie jednak brać, korzystać zarówno z inspiracji i doświadczenia, jak i zasobów materialnych, czyjegoś czasu, pasji, energii.

O ile nie jesteśmy bezwzględnymi konsumentami, branie od innych nas ubogaca. Możemy brać przecież dla kogoś, twórczo przetwarzać i wzmacniać oraz pomnażać to, co otrzymane. Działanie społeczne może mieć postać spotkania z innymi, wyjścia poza własne cztery ściany i horyzonty wyobraźni. Takie otworzenie okna nie tylko dla siebie, ale też dla innych, pokazuje prawdziwy sens i przyjemność brania i po-dawania dalej.

Nauczyć się dawać najłatwiej w miłości. Chcecie się dowiedzieć, zostańcie zakochaną wolontariuszką lub wolontariuszem. Ludzi wkoło jest przecież więcej, niż zdążymy pokochać.

Sławomir DOBURZYŃSKI

Artykuł opracowany w ramach kampanii społecznej #IDEEprzezWieś